W niedzielne popołudnie czekałem na tramwaj przy Dworcu Głównym w Krakowie, kiedy obok zatrzymała się dziewczyna z wielkim plecakiem i niepewnie rozkładała papierową mapę.
Zapytała po łamanym polsku, jak dojechać na Kazimierz, bo telefon właśnie jej się rozładował.
Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że jadę w tamtą stronę, więc możemy jechać razem.
W tramwaju opowiedziała, że ma na imię Sofia i przyjechała z Chile, żeby przez miesiąc uczyć się polskiego i tańczyć salsę, którą kocha od dziecka.
Była ciekawa, dlaczego Polacy tak lubią zapiekanki z Okrąglaka, a ja spytałem, co w Santiago jada się późno w nocy po imprezie.
Śmialiśmy się, bo okazało się, że nasze przekąski są zupełnie inne, ale rozmawiało nam się świetnie.
Gdy dojechaliśmy na Kazimierz, pokazałem jej skrót przez wąskie uliczki i stragan z obwarzankami, który zawsze pachnie rano najlepiej.
Kupiła dwa, chociaż miała tylko kilka monet, więc zaproponowałem, że stawiam, a ona w zamian nauczy mnie powiedzonka po hiszpańsku.
Powiedziała: "Más vale tarde que nunca", a ja odpowiedziałem polskim "lepiej późno niż wcale", i oboje roześmialiśmy się nad Wisłą.
Na koniec wymieniliśmy się numerami, bo chciała znaleźć partnera do konwersacji, a ja od dawna szukałem pretekstu, żeby odświeżyć swój hiszpański.
Rozstaliśmy się przy moście, a ja pomyślałem, że czasem wystarczy zepsuta bateria w telefonie, żeby zacząć rozmowę, której brakowało całe tygodnie.