Wysiadłem z pociągu we Wrocławiu w deszczu, który jak na złość ścinał z wiatrem wszystkie plany.
Mapa w telefonie mignęła ostatnim procentem baterii i padła, a ja, pewny siebie turysta, nagle byłem w kropce.
Ulice rozgałęziały się jak rzeki, most za mostem, a nazwy brzmiały podobnie do siebie do tego stopnia, że człowiek gubił trop po trzech skrzyżowaniach.
Chciałem dojść do hostelu na Wyspie Słodowej, lecz każdy skrót okazywał się ślepą kiszką.
Zaryzykowałem więc marsz na chybił trafił, kierując się dźwiękiem dzwonów i zapachem piekarni, który wabił przez deszcz jak obietnica schronienia.
Zatrzymałem się przy kiosku, gdzie sprzedawczyni, w grubym swetrze i z parasolem pożyczonym klientce, od razu wyczuła, że jestem nie stąd.
Usłyszałem: "Trzeba iść z prądem tramwajów, tu nie ma co się upierać," i wskazała palcem szyny, jakby były jedyną rozsądną nicią Ariadny.
Podążyłem więc wzdłuż torów, mijając krasnale, które z zacięciem podlewały fikcyjne grządki, i poczułem, że miasto zaczyna mówić własnym rytmem.
Most Uniwersytecki zajaśniał w kałużach, a ja, zamiast liczyć przystanki, liczyłem oddechy, jakby to miało mnie trzymać na powierzchni.
Gdy wreszcie wypłynął przede mną park na Wyspie Słodowej z rozświetlonymi rowerami miejskimi, zrozumiałem, że błądzenie też ma swoją logikę — wystarczy przestać z nią walczyć.
Do hostelu wszedłem przemoczony, ale z poczuciem, że miasto, choć obce, wzięło mnie pod skrzydła, gdy tylko przestałem udawać, że znam drogę lepiej od niego.