Piotr w końcu usiadł w małej kawiarni, bo telefon znów padł i nie mógł zadzwonić do babci.
Zamiast się denerwować, kupił w kiosku kremowy papier i postanowił napisać prawdziwy list.
Długo myślał, jak zacząć, ale kiedy pojawiło się pierwsze zdanie, reszta popłynęła jak rozmowa przy herbacie.
Pisał, co u niego w pracy, że w mieście trwają targi książki i że w sobotę upiekł szarlotkę według jej przepisu.
Do koperty włożył zasuszone listki mięty z balkonu, żeby pachniało domem.
Na poczcie była kolejka, ale pan w okienku uśmiechnął się, gdy poprosił o znaczek z bocianem.
– Dla babci? – zapytał, a Piotr tylko skinął głową, bo trochę się wzruszył.
List poleciał do wsi pod Lublinem, a w domu została cisza i miłe oczekiwanie.
Tydzień później zadzwoniła sąsiadka babci, bo u niej działał telefon, i powiedziała, że list wisi na lodówce.
Babcia wzięła słuchawkę i śmiała się, że jego list jest ładniejszy niż niejedna kartka świąteczna.
Piotr poczuł, że zwykłe słowa na papierze potrafią zbliżać, choć wszystko dookoła pędzi i świeci ekranami.
Od tamtej pory, nawet gdy telefon działa, raz w miesiącu pisze do niej parę zdań i zawsze szuka znaczka z bocianem.