Kiedy deszcz rozpadał się na dobre, schowaliśmy się z Anką w małej restauracji na Jeżycach, gdzie z otwartej kuchni pachniało świeżym chlebem.
W środku było gwarno, ale kelner, który wyglądał jak ktoś, kto naprawdę lubi swoją pracę, znalazł nam stolik przy ścianie z cegły.
Zanim zdążyliśmy przejrzeć kartę, postawił na stole dzbanek wody z miętą i kromki chleba z pastą z pieczonej papryki, mówiąc, że to "na rozgrzewkę".
Mieliśmy ochotę na coś klasycznego, więc zamówiłem żurek z jajkiem i białą kiełbasą, a Anka wzięła pierogi z gęsiną, których, jak się okazało, zostało dosłownie kilka porcji.
Kelner doradził, żeby do pierogów dodać sos z palonego masła i majeranku, co brzmiało dziwnie, ale zaufałem mu bardziej niż własnym przyzwyczajeniom.
Kiedy przyszły dania, wszystko wyglądało tak, jakby ktoś malował jedzenie pędzlem — żurek gęsty i kwaśny, a pierogi rumiane, z chrupiącymi skwarkami.
Spróbowaliśmy po trochu z talerzy i zgodnie stwierdziliśmy, że to miejsce gra pierwsze skrzypce w całej okolicy, chociaż z zewnątrz wcale na to nie wygląda.
W połowie kolacji nagle zgasło światło, a sala westchnęła jednym głosem; po chwili z kuchni wyszedł szef, przepraszając i rozdając gościom małe świeczki.
Zrobiło się tak przytulnie, że zamówiliśmy jeszcze szarlotkę na ciepło, którą — na wszelki wypadek — poprosiłem bez bitej śmietany.
Gdy wychodziliśmy, kelner mrugnął i powiedział, że jeśli wrócimy w piątek, dostaniemy "to, co dziś było najlepsze", choć menu podobno ciągle się zmienia.